Spływy tratwami kojarzyły mi się do dzisiaj z jakąś dziwną rozrywką dla małego grona, kamizelkami zabezpieczającymi przed utonięciem itd.. Wyszło jednak na to, że tratwy to coś z innej beczki…
Po pierwsze – one odbywają się na umiarkowanych, gnuśnych traktach, którym daleko do wartkich, górskich potoków.
Po drugie – na nie nie wpuszczają w kamizelkach chyba, że ktoś absolutnie nie umie pływać.
Na tratwach trwa wieczna biesiada. Co pewien czas przyłączają się nowe i łączy sukcesywnie w jedną dużą, po czym następuje integracja, picie lekkiego piwka, patroszenie (!) ryb i śpiewanie. Wieczorem cumuje się do jakiegoś konkretnego portu i rozbija namioty, gdzie impreza toczy się w najlepsze.
Po paru dniach takiego spływu miałam absolutnie dość. Kac męczył mnie od kilku dni, brakowało mi sił na zbiorowe tańce a od prostackich przyśpiewek rozbolała mnie głowa. Przy następnym postoju po prostu spakowałam się, grzecznie pożegnałam i wróciłam do Warszawy. Przez dobrych parę dni miałam dom tylko dla siebie, jaccuzi z bąbelkami i TV :)